do początku mapa serwisu kontakt  
Czytelnia » Przy porannej kawie
Jak zostałem profanem

W przedświąteczno-wielkanocnym okresie od przeszło dwu dekad organizowane są corocznie w Krakowie i innych miastach „Festiwale Ludwiga van Beethovena”. Utwory mistrzów wykonywane przez polskich i zagranicznych artystów rozbrzmiewają w wielu miejscach: filharmoniach, operach, salach muzealnych i bibliotekach. Do tego wystawy, rozmowy kuluarowe i spotkania przyjaciół. Na koncertach bywam osobiście, a moim ulubionym miejscem jest Sala Siemiradzkiego w krakowskich Sukiennicach. W oczekiwaniu na koncert, w przerwie i po ostatnich akordach (a właściwie po burzy oklasków i bisach) można przemierzyć kolejne sale, by podziwiać kunszt polskich artystów, którzy swe fascynacje, artystyczny geniusz i tajemnicę pędzla ukryli w portretach, krajobrazach, scenach z martwą naturą, pędzącej czwórce, bitwie pod Racławicami czy w Pochodniach Nerona.

Niezwykle podniosły nastrój dopełniają zasiadający na sali goście reprezentujący władze krakowskich uczelni, bibliotek, muzeów, środowiska artystyczne i kulturalne - i oczywiście - władze Stowarzyszenia im. Ludwiga van Bethovena.

I możnaby wiele pisać o repertuarze oraz jego wykonawcach, o owym niezwykłym nastroju wypełniającym górne sale Sukiennic, koneserach muzyki, rozpływać się nad umiejętnościami artystów, ba, nawet nad toaletami pań, które „wiedzą” co to wieczorowa suknia. Pierwszy z koncertów, który wysłuchałem w poniedziałek, był dla mnie wspaniały. Recital Łukasza Krupińskiego na długo pozostaje w pamięci. Środową atmosferę i wysłuchanie holenderskiego „Storioni Trio” popsuła mi młoda osóbka w sweterku rozciągniętym nieco i w niedbałym w kolorze, którą na koncert przywiodła babcia, posadziła obok siebie i przede mną „w skos”. Starsza pani z przymkniętymi oczyma wsłuchiwała się w wariacje Beethovena, utwory Schumanna, Szymanowskiego i Dvořáka, namiętnie biła brawo po kolejnych utworach i entuzjastycznie domagała się bisów. Natomiast jej rodzinna winorośl już po pierwszych taktach wydobyła z plecaka telefon i oddała się wysyłaniu oraz odbieraniu esemesów. Niemal w rytm utworów wystukiwała kolejne literki, a przychodzące wiadomości rozświetlały zakrywany dyskretnie dłonią ekran. W takim dyskomforcie nie mogłem skupić się na słuchaniu muzyki. Jak osoba mająca trudności z zasypianiem liczy owieczki pasące się na łące, tak i ja zacząłem – dyskretnie spoglądając z ukosa – liczyć wystukiwane literki. Nie nadążyłem. Obliczyłem jedynie przychodzące wiadomości licząc rozbłyski ekranu. Na pierwszą odmierzoną minutę było ich 22, w drugiej – 17. Młoda osóbka wcale nie miała ochoty na muzyczne przeżycia. W jej duszy zgoła co innego. Będąc fizycznie obecną na koncercie zbudowała sobie swój własny, wirtualno-telefoniczny świat. Bywa, że ktoś w towarzystwie wyciąga telefon i „klawiaturuje” lekceważąc innych.

Koncertowa młoda osóbka, sama wyobcowana z przeżyć wyższych, bezwolnie i mnie odciągnęła od wspaniałego koncertu. Nagle uświadomiłem sobie, iż głupota jest zaraźliwa i właśnie zapadłem na tę epidemię. Prysło koncertowe uniesienie, zapomniałem o szacunku dla kompozytorów, artystów i organizatorów. Muzyka była tylko obok mnie. Zawstydziłem się przed sobą, że będąc obecnym w świątyni kultury stałem się profanem...