do początku mapa serwisu kontakt  
Czytelnia » Przy porannej kawie
Kawa gorzka i mało smaczna bardzo

Jeszcze na terenie Tajlandii, a w oczekiwaniu na kambodżańską wizę, zdecydowałem się na lokalną mrożoną kawę. W Krakowie w tym czasie było około minus 10 stopni w skali Celsjusza, a w nadgranicznym Aranyaprathet ponad 30 na plusie (w tej samej skali). Pierwsze łyki smakowały wyśmienicie. Swoista ambrozja, rozkosz dla wielu zmysłów po kilkugodzinnej autobusowej podróży z Bangkoku. Palona na miejscu, parzona ze znawstwem, zmieszana z lodem, z dodatkiem odrobiny cukru trzcinowego i podana z gracją przez pięknie uśmiechającą się młodą Tajkę w lokalnym barwnym przyodziewku. A i pomieszczenie niczego sobie. Czyściutkie, sterylne, klimatyzowane i aromatyzowane, z lekko przyciemnionymi szybami, za którymi pełna egzotyka pochylających się i lekko muskanych słońcem oraz wiatrem palmach. I w chwili rozkoszy oraz błogości zadumy – pomiędzy łykami – pojawił się za oknem obraz, który niemile zaskoczył. Otóż na drodze zjawiła się kawalkada Khmerów zmierzający w stronę granicznego przejścia. Każdy z ogromnym wózkiem tobołów, pakunków i skrzynek. Nędzne ubrania, ogorzałe na słońcu ciała, bose nogi, pod którymi walające się wszechobecne śmieci i bezpańskie wychudłe psy, których wcześniej nie dostrzegłem. Wszystko to boleśnie kontrastowało z błogostanem chwili przyjmowania kawy. Wróciły z okrutnym naporem, a wcześniej beztrosko wysłuchiwane opowieści przewodnika o zamieszkujących pogranicze tajlandzko-kambodżańskie ubogich Khmerach. Przed ponad 40 laty ratując życie zbiegli z pustymi rękoma z Kambodży do Tajlandii przed rodzimymi komunistami. Później – gdy nieco się dorobili, a reżim Pol Pota zelżał – zmuszono ich do powrotu do rodzimego kraju zwanego wówczas Kampuczą, lecz nie pozwolono zabrać czegokolwiek. Wróciwszy na swoją ziemię zastali spalone przez tzw. Czerwonych Khmerów miasta i wsie. Ratując siebie i dzieci przed głodem, chorobami i śmiercią próbowali wrócić bezskutecznie do Tajlandii, a ostatecznie zajęli się kontrabandą i półlegalnym handlem na granicy z Tajlandią. Wybudowali prowizoryczne osiedla, bazary i sklepy. I żyją, a raczej wegetują ze średnim tygodniowym dochodem na osobę wynoszącym tyle co porcja jednej mrożonej kawy dla turysty.

Widok półnagich tragarzy ciągnących bieda-wozy i wiedza o ich tragicznym losie sprawiły, iż przyjmowana kawa „zrobiła się” dziwnie gorzka i mało smaczna. Pozostało kilka niedopitych łyków…

 

* * *

 

Dodam, że Kambodża jest jednym z najuboższych krajów świata, a wspomniane pogranicze – jednym z najuboższych regionów tego państwa.