do początku mapa serwisu kontakt  
Czytelnia » Przy porannej kawie
Mężczyźni prawdziwi tacy

Nie będę dyskutował z moją katedralną panią adiunkt w kwestii „czy szata zdobi człowieka” i na temat porzekadła „jak cię widzą, tak cię piszą”.  Ma swoje na ten temat przemyślenia, dodatkowo w tej kwestii habilitację, a co do stroju – nobilitację.

Pijąc poranną kawę sięgam myślą do przedwczorajszego dnia, a raczej chwil w oczekiwaniu na przyjazd pociągu. Ale po kolei. Poniedziałek. Bardzo, bardzo wczesna godzina poranna. Kraków. Dworzec PKP. Peron 5. Jak co tydzień tłumek wyjeżdżających z Małopolski do kilkudniowej pracy w stolicy. Inni tylko na kilka godzin do ministerstw, na posiedzenia prezydiów, zrzeszeń, zarządów, korporacji i związków. Charakterystyczne podróżne torby i walizeczki starych, tj. doświadczonych podróżnych. Większość jakby z łezką w oku, że opuszczają „małą ojczyznę” gnani powinnościami służbowymi i pewnego rodzaju „owczym pędem” ku stolicy. Zawsze na tym tle wyróżniają się inni. Przyjechali pobyć w Krakowie, a może wyjeżdżają pobyć sobie gdzieś indziej.

Ona (opisując od góry) na głowę naciągnęła, na blond włosy, błyszczącą wełnianą czapkę z cekinowym napisem HEPPY, na oczy nałożyła duże ciemne okulary (czyżby maskujące, a może jak struś z głową w piasku i przekonaniem, że jak ja nie widzę, to i inni mnie nie widzą, albo też jak małe dzieci zasłaniające rączkami oczka i powtarzające z przekonaniem, że mnie nie ma?), pod szyją błyszczący szalik w pętelkę, niżej obcisła – też błyszcząca – kurtka, a raczej kurteczka, a może i nawet kurteczunia, bo nawet nie sięgająca części ciała, którą mężczyźni nazywają pasem. Od tegoż pasa do niższej warstwy bioder nie było nic. Wróć, pomyłka. Była znaczna obfitość ciała w naturalnej odsłonie. Jeszcze niżej nałożyła leginsy i też błyszczące obuwie, oczywiście  na stosownym obcasie. 

A, zapomniałem, że na wydęte usta nałożyła mocną czerwień, na paznokcie ciemny fiolet, a na kurteczunię torebeczkę „a la Mariolka” z kabaretu Paranienormalni. Użyłem terminu „nałożyła”, bo wszystko jakoś dziwnie nie pasowało do dworcowego tłumu pasażerów, partnera, ruchów i wieku.

To była ona: błyszcząca, wygibująca się w różne pozy i rażąca otoczenie dziwnie nienaturalnym śmiechem. A on ? Całkiem niemłody, w sportowej kurtce, z pod której widniał t-shirt  z obliczem diabła i nazwą zespołu, którego nie akceptuję, ze złotym łańcuchem na obfitym karku, z głową wygoloną niemal na zero i tatuażem sięgającym ucha. Całości dopełniały dresowe spodnie i pomarańczowe obuwie typu adidas. Wesoło, kolorowo i  dziwnie tandetnie. Ale „de gustibus non est disputandum”.

Ale tak naprawdę nie o stroju miało być. Tylko o nim. Bowiem dzierżył w oczekiwaniu na przyjazd pociągu damską błyszczącą torebkę (i nie była to Versace), która niewątpliwie do niego nie należała. Przyznam się, że nie cierpię facetów, którzy noszą za swoje partnerki damskie torebki. W urzędniczo-inteligenckim dworcowym tłumie, wśród pań i panów zajmujących ważne polityczne i społeczne pozycje, decydujących o ważkich sprawach państwa, wśród także i zwykłych podróżnych wyróżniał się nie tylko partnerką, butami, ale i damską torebką.

I pomiędzy kolejnymi łykami kawy myśląc o tej parze z krakowskiego dworca kolejowego składającej się z: jej błyszczącej i jego z damską torebką w męskiej dłoni mam chęć zanucić za panią Danutą Rinn o mężczyznach prawdziwych takich...