do początku mapa serwisu kontakt  
Czytelnia » Przy porannej kawie
Ze stacji A do stacji B

Poniedziałek, godz. około 7.59. Ze stacji A wyrusza pendolino ze znacznym opóźnieniem. Komplet pasażerów, czyli 402 dusz, i kilku nadkompletowych, gotowych zapłacić karę, byle tylko dostać się do stacji B. Pędzimy przez kapuściane zagony z nadzieją odrobienia strat. Tuż przed Miechowem zgrzyt hamulców, a potem powolutku, powolutku na najbliższą stację. Zgasło światło, przestała działać klimatyzacja, okien otworzyć nie można, podobnie jak drzwi do wagonów – przecież to nowoczesne włoskie pendo. Po 20 minutach obsługa pociągu intersity (w czasach normalnych ta „obsługa” zwała się konduktorem) oznajmiła przekrzykując wagonowy tłum (bo nagłośnienie też nie działało), że odpadł jedyny w pendolino pantograf, więc stoimy i stać będziemy. Jęk zawodu, telefony do firm, odwolywanie spotkań, głośne rozmowy pilota szkolnej wycieczki z Okęciem, czy samolot będzie czekał, następnie pilot ogłasza, że „nie będzie”, wycieczka w płacz i skargi telefoniczne do rodziców. Po kolejnych wielu minutach kolejne ogłoszenie, tym razem uśmiechniętej, obsługi. Jest nadzieja. Zabierze nas „Modrzejewska” i będziemy na Zachodniej około dwunastej. Ktoś naiwnie pyta, zapewne „nowicjusz” w poniedziałkowych wyjazdach do stolicy, czy będą miejsca siedzące… Pasażerowie w śmiech. Obsługa pociągu też. Ewakuacja na peron. Rozgawory o kondycji kolejowych firm, kto winien. Rozmówcy wszystko obracają w żart. Kto winien? Tusk, pis, Kaczyński, no i oczywiście Kościół. Pomyślałem, że Kościół najwięcej, zapewne maszynista to katolik, a nawet i katol?

Na peronie ciasno, ale i słonecznie. Tłum oczekuje. Nie minęła godzina i pojawia się oczekiwany wybawiciel. Tłum ruszył ku drzwiom i wtargnął ze swymi tobołkami w środek wagonów, pomiędzy zadziwionych mocno pasażerów. Ciasno od ludzi, waliz i tobołków. Mnie przypadło miejsce wśród wieszaków na rowery. Głowa pomiędzy hakami, potylica przy szybie, twarz w plecach bardzo długiego mężczyzny, który z karykaturalnie przekrzywioną głową dotykał sufitu, i czynił karkołomne akrobacje od szyi w górę, ...

więcej
 
O szczęśliwej Babci Annie

Kilkanaście dni temu zostałem zaproszony na urodzinowy jubileusz Babci Anny. Niezwykły. Z okazji okrągłej dziewięćdziesiątki Jubilatka zaprosiła całą rodzinę: 8 córek z mężami, 6 wnuczek (2 zamężne) i 13 wnuków (6 żonatych),  5 prawnuczek i 4 prawnuków. Ponadto znaczną grupę sąsiadów, powinowatych, przyjaciół i znajomych. Tamże z zagranicy. Była dziękczynna Msza święta, a później ogrodowe przyjęcie, na którym każda z córek serwowała gościom własne danie z dodatkami. Zięciowie obsługiwali „inny sektor”. Oczywiście, nie zabrakło występów rodzinnych. A ponieważ wszystkie córki i zięciowie, wnuczki i wnukowie (poza „jednym”) i prawnuczęta powyżej 7 lat grają na przynajmniej jednym instrumencie i pięknie śpiewają (wszyscy po konserwatoriach i szkołach muzycznych!), ad hoc organizowano zespoły muzyczne i śpiewacze, do których, z ulubioną mandoliną i skrzypcami, dołączyła dostojna jubilatka. W repertuarze było wszystko, co piękną muzyką nazwać można: arie operowe, muzyka religijna, poważna i rozrywkowa, pieśni patriotyczne i rodzinno-prądnickie przyśpiewki wychwalające a to jubilatkę, a to zięciów, albo też ganiące wady i przywary.

Rej wodziła oczywiście uśmiechnięta i szczęśliwa Jubilatka, dopytując czy stoły należycie zastawione i czy goście właściwie obsłużeni, czy nie brakuje jadła i napitku, czy wszyscy zadowoleni, czy dobrze się bawią etc., etc.

...

więcej
 
babka na 13 sposobów

Babka – łatwy do wypowiedzenie przez obcokrajowca wyraz, aczkolwiek wprowadzający go w niemałe zakłopotanie, bowiem babka to:

1/ starsza bardzo wiekiem kobieta, której nie znosimy z powodu jej ciekawości, zgryźliwości, wszedobylskiej obecności, a może nawet niechlujności. Nie daj Boże, by była powinowatą.

2/ zapewne nieco młodsza od wcześniej wymienionej, aczkolwiek niekoniecznie, związana pokrewieństwem jako matka rodziców. Szczególnie doceniana przez wnuki w okresie dnia dziecka, urodzin, imienin i św. Mikołaja – sprzężenie zwrotne raczej nie działa.

3/ znacznie młodsza od pierwszej i także młodsza od babki właściwej, dodatkowo nie krewna, ale może być powinowatą. W przeciwieństwie do poprzednich posiada liczne walory i atrybuty zasadniczo ją wyróżniające w grupie kandydatek na przyszłe babki. Starsi pamiętają, iż onegdaj były „Alibabki”, które należały do tej samej domeny, królestwa, typu, gromady...

4/ w literaturze ludowej osoba określana także jako demagogiczna stręczycielka, znawczyni magii i stosowania ziół, ostatnia nadzieja „nieuważających” kobiet i „zapominających się” panien, a bywało, że i znawczyni kołtunów, niezwykłych zjawisk pogodowych i powodów, dla których krowy traciły mleko, panny powodzenie, a psy nie szczekały. Ogólnie typ wredny i zasadniczo paskudny, którego należy unikać, chyba, że zachodziła niechybna potrzeba korzystania z jej szemranych usług. Mężczyźni powinni szczególnie uważać, by nie pomylić poprzedniej babki z aktualną.

5/ wiejska akuszerka, pełniąca dawniej funkcję notariusza społecznego, a zarazem lokalnej znawczyni wszystkiego, co „pobożna kobieta wiedzieć o życiu powinna”, powszechnie ceniona, czego dowodem jest góralskie określenie „matka chrzestna”. Moralne przeciwieństwo poprzedniej, być może była kiedyś babką przed-przed-poprzednią.

...

więcej
 
O codziennym ubiorze, czyli fragment mojego wykładu „psychopedagogika odbioru sztuki”

Ubieramy się różnie. Modnie, wygodnie, stylowo, luzacko. Strojem uwypuklamy urodę, zakrywamy braki, manifestujemy poglądy i przekonania, podkreślamy przynależność do danej grupy. Mundur określa przynależność do formacji wojskowych, służb porządkowych i ratunkowych. Habit jednoznacznie identyfikuje wspólnoty zakonne, a strój liturgiczny – rodzaj sprawowanego nabożeństwa. Były stroje bikiniarzy, punków, gotów, hippisów i innych. Oryginalne, specyficzne, różnorodne. Każdy z nas – w sferze ubioru – ma własne preferencje, upodobania i styl. Jednym się podobamy, a innym nie. No cóż, rzymianie zwykli mówić, iż de gustibus et coloribus non est disputandum. Zapewne mieli rację. Ale nie o gustach i kolorach chcę perorować, lecz o tym, że ubiorem wyrażamy szacunek do drugiej osoby.

I tutaj trzy kropki…Pominę dalszy dłuższy fragment wykładu, który notorycznie powtarzam słuchaczom psychopedagogiki odbioru sztuki i przejdę do konkluzji dłuższego wywodu.

Gdy wracamy z pracy, ze spotkania z przyjaciółmi, z „miasta”, a nawet z zakupów, to szybko przebieramy się w szare, znoszone i byle jakie ciuchy. Firmowe półbuty, wytworne szpilki lub pantofelki zamieniamy w rozczłapane papucie, w wersji damskiej często ozdobione – o zgrozo! – różowym pomponikiem. Elegancja i gust lądują w szafie do następnego wyjścia lub przybycia gości, a ich miejsce zajmuje bylejakość, szarzyzna i chorobliwe przywiązanie do potrzeby donoszenia bardzo dawno zakupionych ubiorów. Wyjaśniamy sobie, iż takie zachowanie wynika z oszczędności, roztropności i zapobiegliwości, że jest sumą z historycznych uwarunkowań, doświadczeń PRL itd. A może warto uświadomić sobie, iż to w domu, w naszych czterech ścianach są moi najbliżsi, osoby, które kochamy i chcemy przekazywać im pozytywną energię, przeżywać radość bycia razem i wspólnie cieszyć się sobą. Dla obcych i mniej kochanych ubieramy się ładnie, schludnie i elegancko. Dla najbliższych – byle jak, szaro i bez pomysłu. A przecież powinno być inaczej. Strój nie tylko zdobi człowieka, ale pomaga podbić serce drugiej osoby.

Tu koniec wykładu. I gdy wychodzę z sali zawsze wiele pań przyznaje mi rację.

więcej
 
Portret Etiopczyka mój własny

Przed laty zaprzyjaźniłem się we Włoszech z Leopoldo, Etiopczykiem urodzonym w Dżibuti, który jako członek rodziny (klanu) Haile Sellasje musiał uchodzić z ojczyzny po wojskowym przewrocie w 1974 roku. Wiele opowiadał o etiopskich zwyczajach, historii rodziny, których przodków wywodził od królowej Makedy i Salomona, o krewnych, którym udało się zbiec z ogarniętego pożogą kraju, codziennym beztroskim pałacowym życiu i o sobie jako emigrancie. Ukończył studia socjologiczne, teologiczne i filologię romańską. Znał kilka języków europejskich, dialekty etiopskie i arabski. Mimo wielu lat spędzonych we Włoszech nie akceptował europejskich zwyczajów, które były zgoła odmienne od etiopskich, od zachowania jego ludu. Życie Europejczyków określał barbarzyńskim...

więcej
 
Jak zostałem profanem

W przedświąteczno-wielkanocnym okresie od przeszło dwu dekad organizowane są corocznie w Krakowie i innych miastach „Festiwale Ludwiga van Beethovena”. Utwory mistrzów wykonywane przez polskich i zagranicznych artystów rozbrzmiewają w wielu miejscach: filharmoniach, operach, salach muzealnych i bibliotekach. Do tego wystawy, rozmowy kuluarowe i spotkania przyjaciół. Na koncertach bywam osobiście, a moim ulubionym miejscem jest Sala Siemiradzkiego w krakowskich Sukiennicach. W oczekiwaniu na koncert, w przerwie i po ostatnich akordach (a właściwie po burzy oklasków i bisach) można przemierzyć kolejne sale, by podziwiać kunszt polskich artystów, którzy swe fascynacje, artystyczny geniusz i tajemnicę pędzla ukryli w portretach, krajobrazach, scenach z martwą naturą, pędzącej czwórce, bitwie pod Racławicami czy w Pochodniach Nerona.

Niezwykle podniosły nastrój dopełniają zasiadający na sali goście reprezentujący władze krakowskich uczelni, bibliotek, muzeów, środowiska artystyczne i kulturalne - i oczywiście - władze Stowarzyszenia im. Ludwiga van Bethovena.

I możnaby wiele pisać o repertuarze oraz jego wykonawcach, o owym niezwykłym nastroju wypełniającym górne sale Sukiennic, koneserach muzyki, rozpływać się nad umiejętnościami artystów, ba, nawet nad toaletami pań, które „wiedzą” co to wieczorowa suknia. Pierwszy z koncertów, który wysłuchałem w poniedziałek, był dla mnie wspaniały. Recital Łukasza Krupińskiego na długo pozostaje w pamięci. Środową atmosferę i wysłuchanie holenderskiego „Storioni Trio” popsuła mi młoda osóbka w sweterku rozciągniętym nieco i w niedbałym w kolorze, którą na koncert przywiodła babcia, posadziła obok siebie i przede mną „w skos”. Starsza pani z przymkniętymi oczyma wsłuchiwała się w wariacje Beethovena, utwory Schumanna, Szymanowskiego i Dvořáka, namiętnie biła brawo po kolejnych utworach i entuzjastycznie domagała się bisów. Natomiast jej rodzinna winorośl ...

więcej
 
Jak zostałem wyznania mojżeszowego

Lubię podróżować środkami miejskiej komunikacji. Co prawda moi przyjaciele (i przyjaciółki) mają więcej argumentów „przeciw” niż „za”, ale wówczas oddaję się dyskretnej obserwacji osób, okolicy – już mniej dyskretnie – i podziwianiu przesuwających się za oknem krakowskich obrazów.

Dzisiaj do porannej kawy wybrałem biało-czarną filiżankę. Dlaczego? Bo w ten sposób pragnę nawiązać do tramwajowej podróży sprzed kilku dni. Usiadłem na jedynym wolnym miejscu w tramwaju. Naprzeciwko kobieta z dzieckiem liczącym około 6 lat. Przez chwilę wpatrywała się w mój jedwabny szaliczek zakupiony w Kambodży. Nic dziwnego, podoba się wielu osobom. Mnie też się podoba, inaczej przecież nie pozwoliłbym sobie na jego nabycie drogą kupna. Przez chwilę pomyślałem, że może zostanę „zagadany”, zapytany, pochwalony o dobry gust. Aż tu nagle matka mówi do dziecka: „Widzisz synku, to jest tałes, używają go Żydzi. Rozmawialiśmy wczoraj nich. Tałes zakładają Żydzi do modlitwy, a pobożni Żydzi noszą go nawet codziennie”. W duchu mnie zatkało. Ja w tałesie? Spojrzałem na mój od kilku dni ulubiony szaliczek. No tak, czarny, w białe paski, z charakterystycznymi frędzelkami przypominającymi cycesy.

Zaczynam rozpinać płaszcz, by pokazać, że to nie tałes, tylko mój kambodżański szalik, że to tylko część garderoby. A matka, całkowicie ignorując moje myśli i ruch, mówi do synka dalej: „Pobożni Żydzi noszą tałesy jak my krzyżyki i medaliki. Modlą się tak samo jak my, tylko, że my żegnamy się i składamy ręce, a oni się kiwają. Jak wychodzisz z domu to się żegnasz, a babcia robi ci na głowie znak krzyża. Pobożni Żydzi dotykają mezuzy, która jest umieszczona na drzwiach. Tak, jak my, Żydzi mają swoje domy modlitwy. Spotykają się w soboty w synagogach, jak my w niedzielę kościołach”.

Nie chciałem przerywać matczynej katechezy, której treść bardzo mi się podobała. A matka dalej: „Widzisz dziecko, pobożni Żydzi zawsze mają nakrytą głowę. Noszą mycki, albo jak ten pan – tu wskazała na mnie – noszą kapelusze”. Zbliżał się mój przystanek, zapiąłem płaszcz. Miałem sprostować, że nie jestem ani pobożnym Żydem, ani nawet Żydem. Że nie noszę tałesu tylko szalik. A kapelusz to moje zwykłe nakrycie głowy. W tej chwili matka powiedziała do syna: „Jak  kiedyś pójdziemy do synagogi, to może spotkamy pana i wtedy będziemy mogli sobie więcej z panem porozmawiać”. Uśmiechnąłem się i wyszedłem z tramwaju. Nawet nie powiedziałem współpasażerce, że rozmowa to werbalny kontakt dwóch osób, a jej słowotok to zwykły monolog. A swoją drogą, kobieta zaimponowała mi religijną wiedzą...

więcej
 
Mężczyźni prawdziwi tacy

Nie będę dyskutował z moją katedralną panią adiunkt w kwestii „czy szata zdobi człowieka” i na temat porzekadła „jak cię widzą, tak cię piszą”.  Ma swoje na ten temat przemyślenia, dodatkowo w tej kwestii habilitację, a co do stroju – nobilitację.

Pijąc poranną kawę sięgam myślą do przedwczorajszego dnia, a raczej chwil w oczekiwaniu na przyjazd pociągu. Ale po kolei. Poniedziałek. Bardzo, bardzo wczesna godzina poranna. Kraków. Dworzec PKP. Peron 5. Jak co tydzień tłumek wyjeżdżających z Małopolski do kilkudniowej pracy w stolicy. Inni tylko na kilka godzin do ministerstw, na posiedzenia prezydiów, zrzeszeń, zarządów, korporacji i związków. Charakterystyczne podróżne torby i walizeczki starych, tj. doświadczonych podróżnych. Większość jakby z łezką w oku, że opuszczają „małą ojczyznę” gnani powinnościami służbowymi i pewnego rodzaju „owczym pędem” ku stolicy. Zawsze na tym tle wyróżniają się inni. Przyjechali pobyć w Krakowie, a może wyjeżdżają pobyć sobie gdzieś indziej.

Ona (opisując od góry) na głowę naciągnęła, na blond włosy, błyszczącą wełnianą czapkę z cekinowym napisem HEPPY, na oczy nałożyła duże ciemne okulary (czyżby maskujące, a może jak struś z głową w piasku i przekonaniem, że jak ja nie widzę, to i inni mnie nie widzą, albo też jak małe dzieci zasłaniające rączkami oczka i powtarzające z przekonaniem, że mnie nie ma?), pod szyją błyszczący szalik w pętelkę, niżej obcisła – też błyszcząca – kurtka, a raczej kurteczka, a może i nawet kurteczunia, bo nawet nie sięgająca części ciała, którą mężczyźni nazywają pasem. Od tegoż pasa do niższej warstwy bioder nie było nic. Wróć, pomyłka. Była znaczna obfitość ciała w naturalnej odsłonie. Jeszcze niżej nałożyła leginsy i też błyszczące obuwie, oczywiście  na stosownym obcasie. 

A, zapomniałem, że na wydęte usta nałożyła mocną czerwień, na paznokcie ciemny fiolet, a na kurteczunię torebeczkę „a la Mariolka” z kabaretu ...

 

więcej
 
Kawa w pełni teologiczna.

Często miałem wrażenie, iż kawa jest elementem czysto materialnej egzystencji jednostki ludzkiej, a jej dozowanie wielu osobom przywraca świadomość* posiadania ciała i duszy. W jej powszechnym przyjmowaniu postrzegałem znaczenie raczej przyziemne, a o sublimację uczuć wyższych w trakcie zapodawania sobie kawy posądzałem tylko znikomy procent przyjmujących. Okazało się, że kawa sięga także sfery duchowej z wyraźnymi tendencjami religjnymi. Dla jednych sycenie się kawą ma wymiar osobliwie mistyczno-rytualny, dla innych są to doznania estetyczne lub też kulinarno-smakowe, a jeszcze dla innych to zaspokojenie potrzeb zgoła fizjologicznych polegający na wlaniu do organizmu kofeiny (w myśl: nieważne co, gdzie i z kim, ważne żeby nieco „sponiewierało”.

To, co napiszę dalej, potwierdza przysłowie, iż podróże kształcą, a kawa powoli, aczkolwiek skutecznie, staje się na ziemiach polskich poczynając od stolicy (czyli Warszawy), wizualizacją uczuć religijnych. Dlaczego? Na dworcu centralnym w tzw. wyżerku** zafoliowana kartka papieru z napisem: „dla wiernych*** klientów kawa gratis”. Na Marszałkowskiej ogródek kawowy z powiewającą pod okapem falbanką z napisem: „tu możesz mieć nadzieję na kawę”. A 14 lutego w jednym lokalu piwnym przy Nowym Świecie pod szklanym blatem bilecik: „zamów kawę zanim wyznasz miłość”. Tak więc wiara, nadzieja i miłość – trzy cnoty teologiczne. A połączyła je kawa...

-------------------

* Powszechna utrata świadomości u osoby dorosłej płci dowolnej może nastąpić z powodu: 1/ snu; 2/ braku lub znacznego ubytku kofeiny w zakofeinowanym organizmie; 3/ nadmiernego uprzedniego przyjmowania napojów, które nie zawierają kofeiny, a woda jest w nich mało pożądanym rozcieńczaczem.

** Wyżerek – pogardliwa nazwa ulokowanych pod ziemią stoisk gastronomicznych z kanapkami, drożdżówkami i innymi „kalorobombami”, których termin przydatności do spożycia ze względu znaczne ich nasycenie półproduktami  spożywczo-podobnymi jest niemożliwy do określenia.

*** Wierni – czyli wierzący, tzn. mający wiarę.

więcej
 
Kawa gorzka i mało smaczna bardzo

Jeszcze na terenie Tajlandii, a w oczekiwaniu na kambodżańską wizę, zdecydowałem się na lokalną mrożoną kawę. W Krakowie w tym czasie było około minus 10 stopni w skali Celsjusza, a w nadgranicznym Aranyaprathet ponad 30 na plusie (w tej samej skali). Pierwsze łyki smakowały wyśmienicie. Swoista ambrozja, rozkosz dla wielu zmysłów po kilkugodzinnej autobusowej podróży z Bangkoku. Palona na miejscu, parzona ze znawstwem, zmieszana z lodem, z dodatkiem odrobiny cukru trzcinowego i podana z gracją przez pięknie uśmiechającą się młodą Tajkę w lokalnym barwnym przyodziewku. A i pomieszczenie niczego sobie. Czyściutkie, sterylne, klimatyzowane i aromatyzowane, z lekko przyciemnionymi szybami, za którymi pełna egzotyka pochylających się i lekko muskanych słońcem oraz wiatrem palmach. I w chwili rozkoszy oraz błogości zadumy – pomiędzy łykami – pojawił się za oknem obraz, który niemile zaskoczył. Otóż na drodze zjawiła się kawalkada Khmerów zmierzający w stronę granicznego przejścia. Każdy z ogromnym wózkiem tobołów, pakunków i skrzynek. Nędzne ubrania, ogorzałe na słońcu ciała, bose nogi, pod którymi walające się wszechobecne śmieci i bezpańskie wychudłe psy, których wcześniej nie dostrzegłem. Wszystko to boleśnie kontrastowało z błogostanem chwili przyjmowania kawy. Wróciły z okrutnym naporem, a wcześniej beztrosko wysłuchiwane opowieści przewodnika o zamieszkujących pogranicze tajlandzko-kambodżańskie ubogich Khmerach. Przed ponad 40 laty ratując życie zbiegli z pustymi rękoma z Kambodży do Tajlandii przed rodzimymi komunistami. Później – gdy nieco się dorobili, a reżim Pol Pota zelżał – zmuszono ich do powrotu do rodzimego kraju zwanego wówczas Kampuczą, lecz nie pozwolono zabrać czegokolwiek. Wróciwszy na swoją ziemię zastali spalone przez tzw. Czerwonych Khmerów miasta i wsie. Ratując siebie i dzieci przed głodem, chorobami i śmiercią próbowali wrócić bezskutecznie do Tajlandii, a ostatecznie zajęli się kontrabandą i półlegalnym handlem na granicy z Tajlandią. Wybudowali prowizoryczne osiedla, bazary i sklepy. I żyją, a raczej wegetują ze średnim tygodniowym dochodem na osobę wynoszącym tyle co porcja jednej mrożonej kawy dla turysty.

Widok półnagich tragarzy ciągnących bieda-wozy i wiedza o ich tragicznym losie sprawiły, iż przyjmowana kawa „zrobiła się” dziwnie gorzka i mało smaczna. Pozostało kilka niedopitych łyków…

 

* * *

 

Dodam, że Kambodża jest jednym z najuboższych krajów świata, a wspomniane pogranicze – jednym z najuboższych regionów tego państwa.

więcej
 
1   2   3   następny  >>