do początku mapa serwisu kontakt  
Czytelnia » Przy porannej kawie
Sposób na życie

Po 26 latach powróciłem do Suczawy. Tak, tej na rumuńskiej Bukowinie.

            Pierwszy raz miasto zrobiło na mnie bardzo przygnębiające wrażenie. Był styczeń i około 20 stopni mrozu.  Na chodnikach i ulicach leżał zadeptany, brudnawy śnieg, na wielu budynkach powiewały państwowe flagi z otworem po wyciętych komunistycznych symbolach (byłem w Rumunii kilka tygodni po śmierci Nicolae Ceaușescu), szare, siermiężne budynki w większości bez firanek, w sklepach pustki, a w ludzkich oczach strach i niepewność co do przyszłości. Na jednej z ulic dostrzegłem lichego konika ciągnącego wóz z drobnymi gałęziami, które miały posłużyć na opał. A ponieważ ulica biegła pod górę, woźnica, w obszernym kożuchu i gumowcach, popychał wóz. Na jednym z głównych placów, przed kościołem, siedziało kilku smagłych osobników, którzy przechodzącym pokazywali gołe kikuty i rany. Od zaprzyjaźnionego Rumuna dowiedziałem się, że to ich sposób na życie. Kaleczyli ciało, by wzbudzić litość przechodzących i pozyskać kilka lei.

            Po 26 latach Suczawa wypiękniała. Na placach kawiarniane stoliki, turyści, sklepy z miłą obsługą. Siadamy, zamawiamy kawę i lokalną szarlotkę. W ustach rozpływa się prawdziwe espresso. Kofeina wprawiła mnie w błogi stan rozmyślania o zmianach, jakie miały miejsce na Bukowinie. Niestety, błogość uleciała, gdy nagle do stolika obok podbiegło kilkoro smagłych dzieci i chwyciły resztki ciastek, które pozostawili odeszli co klienci. Jedno dopiło resztkę soku. Jak nagle przybiegły, tak się też i ulotniły. Jak wróbelki zbierające okruszyny. Po prostu, taki sposób na życie. Po chwili na placu obok jednemu z turystów wyrwały torbę. Też sposób na życie.

            Wracamy do samochodu. Obok parkingu krąży kobieta o smagłej twarzy. Obserwowała nas i samochód już wcześniej. Bez skrępowania wyciąga rękę i mówi po polsku: „daj pan kilka pieniędzy”. Taki ma sposób na życie. Ja do niej po włosku: „non capisco, sono straniero”, a tu słyszę: „Sono povera, ho fame, soldi, soldi”. Więc ja jak Rusin: „szo ty choczesz? Ja tebe ne znaju...”. A smagła kobieta z uśmiechem, wpierw po rosyjsku, a potem po francusku i angielsku zapytała w jakim rozmawiam języku i z jakiego jestem kraju. Odpowiedziałem, co zawsze mówię tym, którzy nagabują mnie o pieniądze: „Że seme se, kata wu? O la ma frigo seme”. Nie wiem co to znaczy. I nikt nie wie. Smagła kobieta zaniemówiła. Zburzyłem jej sposób na życie. Zapewne tylko na chwilę...

            Inne wspomnienia z Suczawy mam znacznie przyjemniejsze…

więcej
 
Broń mnie Boże przed „przyjaciółmi…”

W ostatnich miesiącach awansowałem. Jedna godność, druga, trzecia. Nowe tytuły i nowe zajęcia. Miło jest o tym rozmyślać pijąc poranną kawę i zastanawiać się, dlaczego mnie to spotkało. W głowie, i to nie pod wpływem kofeiny, rodzą się przyjemne uczucia, które obficie spływają na pozostałe części organizmu.

            Ani zobaczyłem, jak nagle pojawiło się wokół wielu „przyjaciół”. A to spieszących z gratulacjami, a to przypominających o wspólnie spędzonych chwilach, a to zapewniających, iż zawsze dobrze mi życzyli i o mnie pamiętali. Proszony też jestem niespodziewanie na kawy, grille i przyjęcia. Były też e-maile, smsy, gratulacyjne telefony. Pewne indywiduum, które starało się być moim utrapieniem na każdym kroku i nie żałowało czasu oraz resztek godności, by mnie poniżać, zaprosiło nawet do swego gabinetu (obecnie już byłego gabinetu), gdzie starało się zapewniać o życzliwości.

            A przy okazji zawsze słyszę, że są do załatwienia pewne  sprawy…, że można będzie…, że należałoby…, że powinienem poprzeć…, że może…, że jest okazja…, że należy…

            Wysyp owych „przyjaciół” znacznie przekroczył liczbę moich prawdziwych PRZYJACIÓŁ. Tych oznaczonych przymiotnikiem i dużymi literami cenię, szanuję i poważam, gdyż byli, są i wiem, że będą moimi.

            Obca była mi dotychczas sentencja przypisywana kard. de Richelieu (+1642): „Broń mnie Boże przed przyjaciółmi, przed wrogami obronię się sam”. Dotarła do mnie owa, podobno, kardynalska mądrość z uświadomieniem sobie ludzkiej małości i nagłej interesowności.

Tak, broń mnie Boże przed „przyjaciółmi”.

 

PS. Czytelniku, zwróć łaskawie uwagę na duże i małe litery.

więcej
 
Continuum 1. "Sekret życia"

Profesor Czesław Dźwigaj, z którego niezwykłą pracownią zdążyłem się zaprzyjaźnić, uchylił przede mną rąbka tajemnicy swych egzystencjalnych i mistycznych przeżyć, które przelał na płótno. Mistrz Dźwigaj nie tylko rzeźbi, przygotowuje monumenty, projektuje założenia, ale także para się malarstwem. I to całkiem niepoślednim. Na czas Światowych Dni Młodzieży przygotowuje tetraptyk o nieco tajemniczej nazwie Continuum. Płótna o znacznych wymiarach, bo 3 x 5 metrów. Pierwszy z obrazów nosi tytuł „Sekret życia”.

Do obrazu dodałem swój komentarz, który zrodził się w chwili kontemplacji dzieła podczas przyjmowania porannej kawy.

 

W prenatalnej pozie rodzące się życie, wyłania się złota iskra.

Kiełkuje myśl, dojrzewa światem kolorów, swego miejsca szuka w bezgranicznej przestrzeni.

Pociąga biel w swej nieskazitelności i niewinności, jak ogród rajski, gdzie wszystko „dobre” było, i w którym by można było złożyć ów w złoto zaklęty skarb.

A skarbem tym życie moje w Boże – złote – myśli spowite.

A skarbem tym dusza człowiecza i jego własne dłonie złożona.

Każdy z kolorów, w którym świat wokół mnie spowity, to wybór:

pycha – pokora

chciwość – hojność
nieczystość – czystość

zazdrość – miłość

nieumiarkowanie – opanowanie

gniew – cierpliwość

lenistwo – gorliwa pracowitość

więcej
 
Kolejowe Polaków rozmowy


Pijąc poranną kawę myślami często wracam do dni minionych. Tak już jest, tak nauczyłem siebie, że przyjmując kawę wybiegam w przeszłość i wspominam. I sobie się nie dziwię, bo kawa wprawia w błogi nastrój, melancholię i zadumę. Otworzyłem mój notatnik, rozpocząłem lekturę... Przypomniała mi przedwczorajszą podróż do stolicy. Stukot kół, za oknem znane mi krajobrazy, a w otwartym wagonie tłum jadących w większości na Centralny. Zanim konduktorstwo sprawdziło bilety i podano poczęstunek (tak szumnie nazywając 0,5 l wody lub herbatę albo czarny syntetyk w papierowym kubku z plastikowym mieszadłem i drobiną cukru też w papierze podanym) rozdzwoniły się telefony. Już w poprzednich podróżach siarczyście mnie drażniły. Uciszać innych? Nie będę walczył z wiatrakami i kopał się z koniem. Do problemu podszedłem twórczo. Znając bieg wypadków przygotowałem się do dyskretnego notowania niektórych rozmów. Nie było to trudne, bo współsiedzący przekrzykiwali się w rozmowach z niewidzialnymi rozmówcami. Oto najważniejsze zanotowane fragmenty i wątki rozmów w godz. 8.00-8.35:

- ogłoszenie o sprzedaży samochodu nadal aktualne (tu dłuższa lista zalet modelu WV z 1998) i niemal dobicie ceny – 1900 zł;

- „wiceministrowi należy uświadomić, że nasze pielęgniarki też mogą strajkować. I my też”;

- „pani profesor wspaniale wypadła w programie, książki zostawię w sali wiolonczeli, liczę na poparcie”;

- „nie oglądaj plebanii (domyślam się, ze chodzi o serial), bo ci szkodzi na oczy” – fragment z dłuższej perory starszej dystyngowanej pani, koleżanki Jadzi;

- „nie godzę się na wspólny grobowiec” – motywacja: „niech sobie leżą sami”;

- „sprawę kabli mamy za sobą, projektuj dach, wyślij chłopaków na wykop, a jak będzie padać rzuć im kilka peleryn”. Ten sam osobnik po chwili: Zejdź z dachu, niech się męczą inni, ty się chwyć poręczy”. Po chwili ciszy: „no, to się trzymaj”.

- „w trakcie konferencji, jak już odbiorę zaświadczenie, zadzwonię i spotkamy się na kawie”;

- telefon do Wieśka: „tego mecenasa można kupić, ale sprawę załatwić może tylko Waldek. I nikomu o tym nie wolno mówić. Pamiętaj, nikomu”;

- „daj mu kapelusik i krótkie spodenki” – w dalszej kolejności szczegółowe informacje o adresie przedszkola, którym dzwonkiem dzwonić i jak poznać wśród opiekunek rozczochraną panią Jolę;

- informacja gdzie w lodówce są pierogi;

- gdzie kupić bilet dla Jasia i kolegi do kina na sobotę, jak wrobić rodziców kolegi Jasia, by odebrali dzieci z kina;

...

więcej
 
zniewolony przez Gracje

Nie zawsze poranną kawę przyjmuję w komforcie ciszy własnych ścian. I nie zawsze w ciszy poranka.

Kilka dni wstecz telefonicznie „zaproszono mnie na kawę”. No cóż, uległem. I sprawdziło się przysłowie, że nieszczęścia chodzą parami.

Wpierw była przekąska. W hałaśliwej atmosferze jedna z uczestniczek owej imprezy nawet nie pytając o moje preferencje, nałożyła mi na deserowy talerzyk znaczną porcję sałatki. Jakaś niewidzialna ręka podsunęła koszyk z pieczywem, inna półmisek z wędliną, trzecia – jajka pod majonezem. Na nic sugestia, iż ja tylko przyjechałem na kawę. Podano nóż, potem widelec – tak, w takiej kolejności. Pojawiła się szklanka, w którą wlano kartonowy sok. Ja nieśmiało, że za sok dziękuję. Usłyszałem, że mam podziękować jak wypiję... W drugiej szklance na wszelki wypadek podano kolorową słodką oranżadę.

Pojawiła się chwila spokoju, bo biesiadnicy wpadli w trans pałaszowania. Tylko chwila. Na stół postawiono kieliszki. Tłumaczę, że przyjechałem samochodem, że boli mnie głowa, że nie piję alkoholu przed godziną 13-tą, bo tak mi z czasów PRL pozostało, że mama mi zakazała... Na nic tłumaczenia. Wlano. Nie wzniosłem toastu wódką, wziąłem do ręki szklankę z kolorową oranżadą. Skupił się na mnie niegodziwy wzrok biesiadników, a potem uwaga, że zdrowia nie wypiłem, że pomyliłem szkło, gdyż zabrałem się za przepitkę, że jestem słabym zawodnikiem, że odpadam z gry. Najwięcej jazgotu czyniły właśnie kobiety. Byłem u nich przegrany. No cóż, nie pierwszy raz. Nie spełniłem ich mamuśkowej dyrektywy: nie jadłem, nie piłem.

Czekałem na zapowiedzianą kawę...

więcej
 
stukot kolejowych kól

Porannym pociągiem wyjechałem do Warszawy. W cenie biletu u wiadomego przewoźnika jest tzw. poczęstunek – niezmienna klasyka: woda zwykła lub gazowana, herbata, kawa. Kiedyś były ciasteczka. Wybrałem kawę. Syntetyk. Zmuszałem się do delektowania podczas jej przyjmowania…
Za oknami przesuwał się wiosenny krajobraz uprawnych pól, kwitnących drzew, porosłych świeżą trawą zboczy nasypu kolejowego. W porannym słońcu... dorodnie prezentowały się pierwsze zielone listki obsypujące brzozy. Były i sarny skubiące oziminę.
Przyjmując przydziałową kawę cieszyłem oczy widokiem i rozkwitającej przyrody i krajobrazem pięknych domów, odnowionych mijanych budynków stacyjnych. Kilkakrotnie pod torami dostrzegłem asfaltowe gładkie drogi, szerokie skrzyżowania i zjazdy. Piękna i bogata polska ziemia.
Powoli podróż dobiegała kresu. Za oknami pojawił się inny krajobraz. Sady z wypielęgnowanymi drzewami, plantacje, na których pod połaciami folii kryły się nowalijki. W oddali wyniosłe i bogate domy sadowników i plantatorów.
Jaktorów. Grodzisk. Milanówek...

więcej
 
Moja Rzeczypospolita

Już kilkakrotnie zastanawiałem się, w ilu miejscach pod słońcem piłem poranną kawę. O sposobie jej przyrządzania nie wspomnę: parzona, zasypywana, mielona na wiele sposobów, nie daj, Boże, syntetyczna rozpuszczalna, czarna, biała, coretto, z kardamonem, a naczyńka? tygielki, ekspresy, czajniczki, zanzibary, przelewki, dymary, filiżanki, spodeczki, kubki, dzbanki i dzbanuszki, mleczniki… (białej nie uważam).

Wczoraj obudził mnie głos dzwonów. Piękna melodia „wygrywana” przez cerkiewnego dzwonnika. Zapewne jeszcze postna, jakby jękliwa i żałosna. Chwilę potem zawtórowały jej radosne dzwony katolickie. W myślach usłyszałem głos imana z Bohonik i zawodzenie rabina z pobliskiej synagogi. A jeszcze na Podlasiu, Suwalszczyźnie i Wileńszczyźnie, podobnie jak i w innych rejonach Rzeczypospolitej, obok katolików i prawosławnych było miejsce dla unickich Rusinów i Ormian, staroobrzędowców, ewangelików i kalwinów, arian...

więcej
 
ICE KRAKÓW

      Poranna kawa codziennie smakuje inaczej. W moim odczuciu wpływ na to ma nie tylko woda, rodzaj i sposób palenia ziarna oraz model ekspresu, ile nurtujące mnie myśli przy przyjmowaniu zawartości filiżanki. Może dlatego – tak uważam – poranną kawę powinno się przyjmować (to coś więcej niż picie, zamoczenie ust w niemal czarodziejskim płynie, smak niepowtarzalnej goryczy) w samotności, w zadumie i z nutą nostalgii za tym co przemija, bo dwa razy nie pije się tej samej kawy.

     Podnosząc kolejny raz filiżankę do ust wspominałem wczorajszy koncert beethovenowski zwany wielkanocnym. Biorę w nim udział tradycyjne, corocznie.

    A koncert ten w Krakowie to nie lada wydarzenie. Dzięki organizatorom! Sławy występują na scenie i pochylają się nad nutami sławnych kompozytorów, sławy zasiadają w pierwszych i dalszych rzędach, a i miejsce koncertu sławne, bo to od wielu lat ta sama Sala Siemiradzkiego w Sukiennicach...

więcej
 
Żołnierze Wyklęci

Jutro Dzień Żołnierzy Wyklętych, wczoraj koncerty i akademie, bieg „Tropem Wilczym” na symboliczne 1963 metry. A ja wspominam noworoczne spotkania i opłatki sprzed lat dla żołnierzy i sympatyków 106 Dywizji Piechoty Armii Krajowej Inspektorat „Maria”, organizowanych w krakowskiej Rotundzie, na których niezmiennie pojawiali się Oni. Już niemłodzi, ale dumni i wyprostowani, z poczuciem godności. Zazwyczaj trzymali się razem, na uboczu i początkowo stroniąc od innych. Po kilku kolędach, łamaniu się opłatkiem i poczęstunku stawali się rozmowni i skorzy do wspomnień.

więcej
 
<<  poprzedni  1   2