do początku mapa serwisu kontakt  
Czytelnia » Przy porannej kawie
Portret Etiopczyka mój własny

Przed laty zaprzyjaźniłem się we Włoszech z Leopoldo, Etiopczykiem urodzonym w Dżibuti, który jako członek rodziny (klanu) Haile Sellasje musiał uchodzić z ojczyzny po wojskowym przewrocie w 1974 roku. Wiele opowiadał o etiopskich zwyczajach, historii rodziny, których przodków wywodził od królowej Makedy i Salomona…, o krewnych, którym udało się zbiec z ogarniętego pożogą kraju, codziennym beztroskim pałacowym życiu i o sobie jako emigrancie. Ukończył studia socjologiczne, teologiczne i filologię romańską. Znał kilka języków europejskich, dialekty etiopskie i arabski. Mimo wielu lat spędzonych we Włoszech nie akceptował europejskich zwyczajów, które były zgoła odmienne od etiopskich, od zachowania jego ludu. Życie Europejczyków określał barbarzyńskim, co – według Leopoldo – potwierdzało m. in.: 1/ wspólne plażowanie się nad morzem znacznie obnażonych kobiet i mężczyzn; 2/ jedzenie owoców (zwłaszcza bananów) bez noża i widelca; 3/ czesanie się w miejscach publicznych; 4/ noszenie koszul z krótkim rękawem; 5/ krojenie i smarowanie chleba nożem zamiast rozrywanie go palcami na drobne kawałeczki i moczenie w oliwie, miodzie lub dżemie; 6/ spożywanie posiłków przy stolikach ustawionych na ulicy przed restauracjami, co jest we Włoszech powszechne; 7/ spacerowanie po ulicy z foliową torbą na zakupy (tzw. reklamówką); 8/ trzymanie książki w dłoniach podczas czytania zamiast położenia jej na stole czy na specjalnej poduszeczce pełniącej rolę pulpitu; 9/ uczęszczanie do publicznego fryzjera (strzyżenie głowy uznawał za jedną z najbardziej intymnych spraw); 10/ tylko kilkakrotne mycie rąk w ciągu dnia. To tylko niektóre z grzechów wytykane mieszkańcom Europy.

Największym barbarzyństwem według Leopoldo było spożywanie czegokolwiek na ulicy, nawet łyk wody z butelki. Do rozpaczy doprowadzało go przyjmowanie lodów w miejscach publicznych. Owszem, często spożywał lody, ale tylko łyżeczką i zawsze bardzo obficie podlewane amaretto lub koniakiem. Za coś szalenie bezwstydnego uważał wysuwanie z ust języka, pokazywanie go innym, upublicznianie jego długości, kształtu i koloru. Uważał, nie wiem, czy takie były jego osobiste poglądy, czy wynik wykształcenia, czy też etiopska kultura, że język jest bardzo intymną częścią ludzkiego ciała. Leopoldo notorycznie podkreślał, że język należy wyłącznie do ust właściciela i za zęby nie powinien się uzewnętrzniać.

Przed kilku tygodniami na ulicach słonecznego Dubrownika zauważyłem grupę turystów o oliwkowych twarzach, taką, jaką wyróżniał się mój Leopoldo. Pomyślałem, zapewne są z Dżibuti, bądź z Etiopii. Tylko do czasu, gdy grupowo oblegli kiosk z lodami podawanymi w klasycznych rożkach. A później do grupy dołączyły dziewczyny w chimarach. Nie, to nie byli Etiopczycy i pobratymcy mego zmarłego przed kilkunastu laty Leopoldo. Oni na ulicy języków nie pokazują i posiłków pod gołym niebem nie spożywają, a ich kobiety noszą odkryte głowy z zadbanymi fryzurami.

Wspominając Leopoldo muszę dodać, że wzmacnianie lodów bardzo solidną porcją amaretto lub koniaku zawsze tłumaczył troską o gardło. Przeziębiony musiałby udać się do przychodni medycznej i celem oględzin obrzęku wysunąć na polecenie lekarza język...