do początku mapa serwisu kontakt  
Czytelnia » Przy porannej kawie
stukot kolejowych kól

Porannym pociągiem wyjechałem do Warszawy. W cenie biletu u wiadomego przewoźnika jest tzw. poczęstunek – niezmienna klasyka: woda zwykła lub gazowana, herbata, kawa. Kiedyś były ciasteczka. Wybrałem kawę. Syntetyk. Zmuszałem się do delektowania podczas jej przyjmowania…
Za oknami przesuwał się wiosenny krajobraz uprawnych pól, kwitnących drzew, porosłych świeżą trawą zboczy nasypu kolejowego. W porannym słońcu... dorodnie prezentowały się pierwsze zielone listki obsypujące brzozy. Były i sarny skubiące oziminę.
Przyjmując przydziałową kawę cieszyłem oczy widokiem i rozkwitającej przyrody i krajobrazem pięknych domów, odnowionych mijanych budynków stacyjnych. Kilkakrotnie pod torami dostrzegłem asfaltowe gładkie drogi, szerokie skrzyżowania i zjazdy. Piękna i bogata polska ziemia.
Powoli podróż dobiegała kresu. Za oknami pojawił się inny krajobraz. Sady z wypielęgnowanymi drzewami, plantacje, na których pod połaciami folii kryły się nowalijki. W oddali wyniosłe i bogate domy sadowników i plantatorów.
Jaktorów. Grodzisk. Milanówek.
Wzdłuż torów betonowe płoty, na których niewybredne napisy, nieokreślone „esy i floresy”. Materiał dla psychoanalityków. Pijąc przydziałową kolejową kawę zastanawiałem się, co niejeden „autor miał na myśli” gryzmoląc po betonie. Po kilkudziesięciu kilometrach oko przyzwyczaja się do widoków fundowanych podróżnym przez mieszkańców podwarszawskich miejscowości. Podobne abstrakcyjne dekoracje można spotkać w innych miastach, nie tylko w Polsce.
Piłem przydziałową kawę obojętnie patrząc na wyżej opisane graffiti i słuchając porannych wiadomości radiowych przeplatanych muzyką. Przyjmowana kawa, podróżne dolce far niente i muzyka łagodziły stres wyjazdu do stolicy. I nagle dostąpiłem złośliwości rzeczy martwych. Gdy w słuchawkach usłyszałem o protestach ekologów siedzących na dachu warszawskiego urzędu, oczom mym ukazał się widok dzikich wysypisk śmieci wśród wiosennej zieleni. Sterta zużytych opon, nieco dalej zderzaki, wśród drzew foliowe reklamówki wypełnione nieznanymi mi dobrami. Była też karoseria nadpalonego samochodu, wszędobylskie plastykowe butelki, większa część wersalki, naderwany materac, coś z zimowej odzieży. To krajobraz z prawej strony mojego pociągu.
I dopijając przydziałową kawę, zastanawiałem się, czy z dachów stolicy można dostrzec podwarszawskie dzikie wysypiska i zaprotestować przeciwko ich urządzaniu przy trasie, którą codziennie pokonują tysiące kulturalnych podróżnych.
Ostatnie zdanie dedykuję ekologom: Z obłoków (dachów) warto zejść na ziemię – na przykład – by ją posprzątać. To nie boli, ani szkodzi.