do początku mapa serwisu kontakt  
Czytelnia » Przy porannej kawie
zniewolony przez Gracje

Nie zawsze poranną kawę przyjmuję w komforcie ciszy własnych ścian. I nie zawsze w ciszy poranka.

Kilka dni wstecz telefonicznie „zaproszono mnie na kawę”. No cóż, uległem. I sprawdziło się przysłowie, że nieszczęścia chodzą parami.

Wpierw była przekąska. W hałaśliwej atmosferze jedna z uczestniczek owej imprezy nawet nie pytając o moje preferencje, nałożyła mi na deserowy talerzyk znaczną porcję sałatki. Jakaś niewidzialna ręka podsunęła koszyk z pieczywem, inna półmisek z wędliną, trzecia – jajka pod majonezem. Na nic sugestia, iż ja tylko przyjechałem na kawę. Podano nóż, potem widelec – tak, w takiej kolejności. Pojawiła się szklanka, w którą wlano kartonowy sok. Ja nieśmiało, że za sok dziękuję. Usłyszałem, że mam podziękować jak wypiję... W drugiej szklance na wszelki wypadek podano kolorową słodką oranżadę.

Pojawiła się chwila spokoju, bo biesiadnicy wpadli w trans pałaszowania. Tylko chwila. Na stół postawiono kieliszki. Tłumaczę, że przyjechałem samochodem, że boli mnie głowa, że nie piję alkoholu przed godziną 13-tą, bo tak mi z czasów PRL pozostało, że mama mi zakazała... Na nic tłumaczenia. Wlano. Nie wzniosłem toastu wódką, wziąłem do ręki szklankę z kolorową oranżadą. Skupił się na mnie niegodziwy wzrok biesiadników, a potem uwaga, że zdrowia nie wypiłem, że pomyliłem szkło, gdyż zabrałem się za przepitkę, że jestem słabym zawodnikiem, że odpadam z gry. Najwięcej jazgotu czyniły właśnie kobiety. Byłem u nich przegrany. No cóż, nie pierwszy raz. Nie spełniłem ich mamuśkowej dyrektywy: nie jadłem, nie piłem.

Czekałem na zapowiedzianą kawę.

Wniesiono ciasto. Tortowe z masą, szarlotkę, zabaglione i fale Dunaju. Byłem przy nadziei, że będzie kawa. Skądże. Gdy ze wszystkich talerzyków zniknęły w czeluściach nienasyconych gąb wspomniane słodkości, na stole rozłożono talerze. Głębokie. Na zupę. Na szczęście nie była to niedziela i nie podano rosołu z makaronem. Takiego nie przyjmuję. Jeśli już, to z ziemniakami. A po grzybowej z dolewką z kuchennego garnka – drugie danie. Moje gracje w mistycznym amoku samo zaspokojenia nakładały na „mój talerz” sowicie, obficie, z gestem i z rozmachem. Ziemniaki tradycyjne, obok frytki, dwa rodzaje mięs, ogórki kiszone, tarta marchewka i sałatka jarzynowa. Miałem przed sobą gastronomiczne tatry. I pytały, przekrzykując pierwsza drugą, druga trzecią, a trzecia pierwszą co jeszcze nałożyć. Co którą obchodziły moje protesty. Uznały, że mają rację, bo jest ich większość. Zrobiło się politycznie.  

Uszczknąłem nieco. Co, nie smakuje – usłyszałem komentarz. Druga potwierdziła. Trzecia zapytała, co dołożyć. Grzecznie, jak umiałem, wymusiłem z siebie: wspaniałe, wyborne, doskonałe. A moje trzy stołowe gracje niemal chórem: dołożyć?

Potem były lody, owoce, ciasto i kawa. Kawa z ekspresu. W porządku. Tylko dlaczego moje gastronomiczne adoratorki wsypały, nie pytając mnie, mleczny proszek nazywając go śmietanką i cukier. Upiłem nieco, przeprosiłem, podziękowałem i się oddaliłem.

Horror. Obawiam się być znów zaproszony, boję się dzwonka telefonu.